dzieci dokuczają mojemu dziecku w szkole

Polski dla dzieci - KOMIKSY. W tej sekcji będziemy zamieszczać komiksy dla dzieci przedstawiające różnorodne scenki i dialogi z życia codziennego. Mamy nadzieję, że będą one pomocne w przyswajaniu języka polskiego oraz nabywaniu umiejętności komunikowania się w naszym języku. Każdy komiks jest dostępny w wersji biało-czarnej i Według raportu Millward Brown z 2015 roku 65% dzieci w wieku od 6 miesięcy do 6,5 roku korzysta z urządzeń mobilnych. Aż 25% z nich robi to codziennie. Aż 25% z nich robi to codziennie. Badania wykazały również, że rodzice kontrolują te działania, w zależności od konkretnych aktywności, maksymalnie w nieco ponad połowie przypadków. Badanie przeprowadzone przez Narodowe Centrum Badań Społecznych odkryli, że 47% dzieci zgłosiło, że było prześladowane w wieku 14 lat i że jest to szczególny problem dla grup znajdujących się w niekorzystnej sytuacji i mniejszości. Jednak dzieci, które powiedzą swoim rodzicom, są bardziej narażone na „ucieczkę” przed Wiele osób powie, że właśnie wtedy jest „niegrzeczne”. To ten moment, gdy największą rolę w zachowaniu naszego dziecka odgrywa mózg gadzi (który odpowiada za podstawowe funkcje życiowe, dzięki niemu oddychamy, bije nasze serce, reagujemy na zagrożenia – przyp. red.) – nie ma tu miejsca na rozmowę i tłumaczenie. Pomagam mojemu dziecku wybrać zawód i szkołę ponadgimnazjalną- broszura dla rodziców bliskich. Rodzice mogą bardzo dużo powiedzieć swojemu dziecku o nim samym. Rodzice są tymi osobami, które na co dzień obserwują dzieci w rozmaitych sytuacjach, w czasie wykonywania różnych zadań. Mann Flirtet Ständig Mit Anderen Frauen. Atmosfera w szkole zależy głównie od dorosłych Dorośli często tak bardzo koncentrują się na błędach szkoły powszechnej, zapominając, że to nie “miejsce i system” decydują o tym, jak dziecko będzie czuło się w szkole, ale to właśnie oni tworzą atmosferę nauki i pracy. W istocie to na rodzicach i nauczycielach spoczywa odpowiedzialność za relację z dziećmi oraz za to, w jaki sposób młodzi ludzie odnajdą się w konkretnej organizacji. Aby to dostrzec, najłatwiej odwołać się do własnych przeżyć i doświadczeń – choćby zawodowych. Niezależnie od tego, czy dorośli pracują w dużych korporacjach czy małych rodzinnych firmach, kluczowa dla ich zadowolenia z pracy, efektywności i rozwoju jest zasadniczo nie tyle wąsko rozumiana organizacja firmy (choć wiadomo, że odgrywa ona jakąś rolę), ile to, jak oni się w tej firmie czują. Jacy ludzie nią przewodzą i jak ważny jest dla nich człowiek – jego osobiste potrzeby, predyspozycje i wartości. W przypadku dzieci ma to niewątpliwie jeszcze większe znaczenie, ponieważ one dopiero poznają siebie, kształtują obraz świata, panujących w nim wartości i zależności. One dopiero zaczynają swoją drogę. Warto, aby mogły doświadczać jej w życzliwej atmosferze, głębokim entuzjazmie, wierze we własne siły i motywacje. Uwaga! Reklama do czytania Jak zrozumieć małe dziecko Poradnik pomagający w codziennej opiece Twojego dziecka Zaufanie i współpraca rodziców i nauczycieli Jakość placówki edukacyjnej zależna jest od ludzi, którzy ją tworzą. Oczywiście dużo trudniej jest zapewnić przyjazną atmosferę w ramach odgórnie narzuconych wymagań, ale to jest wciąż możliwe i istnieje na to wiele dowodów. Codzienność pokazuje, że nie każda szkoła publiczna jest z gruntu nieprzyjazna dzieciom, nie każdy nauczyciel – nieempatyczny i odmawiający współpracy z rodzicami. W każdej szkole istnieje przynajmniej kilku dorosłych, którzy mimo trudnych warunków środowiskowych swobodnie odnajdują się w codziennym towarzyszeniu dzieciom oraz wspierają ich harmonijny rozwój, pielęgnują wewnętrzną motywację i naturalną ciekawość świata. A skoro na tym samym zależy zarówno rodzicom, jak i pedagogom pracującym z dziećmi, szanse na wzajemne porozumienie i rzeczywiste wsparcie młodych ludzi w szkole zaczynają znacząco wzrastać. Dotychczas w szkole panowała kultura strachu i przeświadczenie, że dorośli występują w niej przeciw sobie, że nie uda się im w żaden sposób porozumieć, ponieważ brakuje im jednomyślności i otwartości na siebie nawzajem. Okazuje się, że w momencie porzucenia tego przekonania i życzliwego (oraz umiejętnego) zwrócenia się do tej drugiej strony da się połączyć siły i zbudować most prawdziwej kooperacji między wszystkimi uczestnikami procesu edukacyjnego. 1. Wyzbyć się oczekiwań Nie ulega wątpliwości, że szkoła jest częścią życia dziecka i że jest w pewnym stopniu ważna zarówno dla niego, jak i jego rodziców. Dla dziecka jest istotna, ponieważ spędza w niej sporą część dnia i “młodego” życia w ogóle, spotyka się z różnymi sytuacjami i ludźmi i niezależnie od tego, do jakiej szkoły uczęszcza, uczy się w niej życia. Dla rodziców szkoła jest ważnym tematem, ponieważ chcieliby, aby dała ich dzieciom podwaliny wiedzy, na której będą mogły opierać swój dalszy rozwój i dzięki której dostaną się do dobrych szkół wyższych, zdobędą solidne wykształcenie i znajdą pracę pozwalającą zapewnić im spokojne albo dostatnie życie. Dlatego też rodzice spodziewają się, że dzieci już od najmłodszych lat będą w tej szkole doskonale sobie radzić: przynosić dobre stopnie i pochwały za wzorowe zachowanie, wygrywać konkursy i olimpiady przedmiotowe, uczestniczyć w zawodach sportowych i kółkach zainteresowań. Większość rodziców – choć część temu zaprzecza – chciałaby, aby ich dzieci były wszechstronnie uzdolnione, inteligentne, błyskotliwe, a z czasem również zamożne. Trudno znaleźć dorosłego, który cieszy się na myśl o samych dwójach w dzienniczku latorośli, braku jakichkolwiek umiejętności, dobrego wykształcenia i dobrze płatnej pracy (albo pracy w ogóle). To zrozumiałe, że rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej. Wygórowane oczekiwania względem dzieci nie przynoszą jednak dobrych rezultatów, a w dodatku ujawniają się w najmniej właściwym momencie – kiedy w szkolnym życiu dziecka pojawiają się jakieś trudności. Kiedy dziecko sobie nie radzi, nie zalicza klasówek i sprawdzianów albo nauczyciel nieustannie się na nie skarży, w rodzicach rodzi się złość i strach. Czują się – najczęściej nieświadomie – rozgniewani na to, że ich syn albo córka są gorsi od innych, że sprawiają kłopoty, że być może za mało się uczą, za mało angażują się w zajęcia dodatkowe albo, że jako rodzice nie najlepiej poradzili sobie z wychowaniem dziecka i przygotowaniem go do życia w szkole. Z nieco większą świadomością denerwują się na konkretnego nauczyciela za to, że nie poświęca dziecku wystarczającej ilości czasu i uwagi w określonym zakresie albo uznają, że pedagog zwyczajnie się do niego uprzedził. Dziecko wyczuwa gniew rodziców, gdy nie spełnia ich oczekiwań, uzyskuje niewystarczająco dobre wyniki w nauce. Zaczyna wówczas sądzić, że oceny świadczą o nim, że pokazują, kim ono jest. Zaczyna również odczuwać, że miłość rodziców jest warunkowa – kochają je i są wobec niego serdeczni tylko wtedy, kiedy dobrze się uczy i zdobywa trofea. W dziecku narasta strach przed odrzuceniem, przed reakcjami rodziców, przed szkołą i uczeniem się w ogóle, ale mimo to stara się sprostać rodzicielskim wymaganiom… Koło się zamyka. Ważnym zadaniem dorosłych jest odpowiedzieć sobie na pytanie, czy walka o lepszy stopień ma jakikolwiek sens. Czy nie odbija się na psychice dziecka, na jego zdrowym poczuciu własnej wartości i sprawczości w ogóle. Dziecko jest w stanie wiele zrobić, by sprostać oczekiwaniom rodziców. Dołoży wszelkich starań, by poprawić ocenę z kartkówki, napisać jak najlepsze wypracowanie, namalować jak najładniejszą pracę na plastykę. Ale cena, jaką zapłaci za swój wysiłek i dźwiganie czyichś oczekiwań, będzie stanowczo za wysoka. Czas więc na odczarowanie znaczenia szkolnych ocen i dostrzeżenie poza nimi czegoś dużo ważniejszego – dziecka jako autonomicznej jednostki! Jako człowieka, który powinien być postrzegany nie tylko jako wzorowy uczeń, lecz także jako człowiek zdrowy i rozwijający swoje osobiste plany i zdolności. Jeśli brakuje na to przestrzeni w szkole, warto udostępnić ją dziecku w domu. Po powrocie ze szkoły powitajmy dziecko pytaniem: “jak się dzisiaj czujesz?”, “co dobrego/zabawnego się dzisiaj u ciebie wydarzyło?”, “z kim spędziłeś dzisiaj najwięcej czasu na przerwach”, “jak się bawiłeś?” itp. Można też opowiedzieć dziecku o swoim dniu, o czymś, co nam samym sprawiło przyjemność albo było dla nas trudne, czy zaskakujące. Zaprosić je do zabawy, wspólnego gotowania czy po prostu na spacer. 2. Przestać obwiniać dziecko Nawet jeśli dorośli nie zawsze zdają sobie z tego sprawę, często mimowolnie obwiniają dziecko za to, że “niepoprawnie” zachowuje się w szkole albo nie dopełniło któregoś ze szkolnych obowiązków. Wiele umiejętności, których szkoła wymaga od dziecka już na początkowym etapie kształcenia, leży poza jego zasięgiem. Dziecku w pierwszej klasie trudno skupić uwagę przez długi czas na jednym przedmiocie albo wykładzie, zapamiętać i odtworzyć nowe informacje, przekazane w sposób podawczy (nauczyciel mówi, uczeń słucha) czy zapanować nad wszystkimi zachowaniami i emocjami. Układ nerwowy, procesy myślowe i budowa fizyczna dziecka są bowiem nie najlepiej dostosowane do wymagań zapisanych w programie nauczania. Nieadekwatne do możliwości dzieci oczekiwania ze strony szkoły przyczyniają się do licznych trudności w nauce i w zachowaniu. Natury nie da się zmienić ani jej nagiąć. I mimo że zawsze znajdzie się kilkoro uczniów, którzy udźwigną ciężar programowych założeń, większa część dzieci nie da sobie z nimi rady. Jeśli więc nauczyciele często się skarżą i piszę krytyczne opinie do dziennika/zeszytu, zadaniem rodziców jest wsparcie dziecka w jego szkolnych niepowodzeniach. Ich przyczyny, poza niedostosowaniem szkolnych wymagań do możliwości rozwojowych dziecka, mogą być związane z wieloma innymi czynnikami zewnętrznymi: nowa bądź trudna sytuacja w domu, konflikt dziecka z nauczycielem czy z rówieśnikami, kłopot z adaptacją w grupie. Zadaniem rodzica jest odnalezienie źródła postaw dziecka i w porozumieniu z nauczycielem, pedagogiem czy psychologiem udzielenie mu fachowej pomocy, by umiejętnie odpowiedzieć na potrzeby małego ucznia. Kiedy młody człowiek czuje, że dorośli szczerze się nim interesują i zamiast obarczać je winą za trudności wspólnie szukają propozycji ich rozwiązań, odzyska wiarę w siebie i chęć do działania. 3. Nawiązać dobry kontakt z nauczycielami Aby dziecko mogło czuć się pewnie w szkolnych realiach, warto nawiązać dobry kontakt z otoczeniem, w którym na co dzień przebywa. Współpraca z nauczycielami, dyrekcją i szkolnym pedagogiem/psychologiem jest podstawą wsparcia dziecka na wszystkich etapach jego kształcenia. Doświadczenie pokazuje, że relacje rodziców z nauczycielami bywają bardzo różne. W kulturze edukacyjnej przyjęło się, że dorośli często występują przeciwko sobie. Często obawiają się ze sobą komunikować, a tym samym trudno im współdziałać. Zarówno rodzice, jak i nauczyciele często odczuwają lęk przed wzajemnymi spotkaniami i rozmowami. Boją się słów krytyki ze strony rozmówcy, negowania sposobów swojego postępowania w relacji z dzieckiem czy winienia za trudności dziecka w nauce i w szkole. Czas jednak porzucić dawne przekonania, mówiące o tym, że tylko zacięta walka między rodzicem a nauczycielem może pomóc dziecku odnaleźć się w szkolnych warunkach. Taka postawa zwykle rodzi więcej frustracji i kłopotów niż przemyślanych rozwiązań. Warto postawić na rzeczywiste porozumienie i budowanie relacji pełnej wzajemnego szacunku i zaufania. Każdy może wnieść do rozwoju dziecka dużo dobra i cennych wskazówek, jeśli tylko otworzy się na nieoceniający kontakt i konstruktywną komunikację. Warto ostatecznie przyjąć, że dorośli są po to, aby wspierać siebie nawzajem i pomagać dzieciom dobrze czuć się w szkole i poza nią. Efektywne współdziałanie nauczycieli z rodzicami jest bardzo ważne. 4. Nawiązać dobry kontakt z innymi rodzicami Bardzo pomocne we wspieraniu dziecka w szkolnym życiu jest nawiązanie relacji z rodzicami kolegów i koleżanek z klasy. Wymiana poglądów i przemyśleń, zespołowe zaangażowanie się w szkolną działalność albo wspólne próby przeforsowania ważnych dla zdrowia i rozwoju dzieci postulatów są często dużo łatwiejsze do zrealizowania w grupie aniżeli w pojedynkę. Ważne, aby w kontakcie z rodzicami starać się nie oceniać szkoły i nauczycieli, a raczej obmyślać najbardziej optymalne formy rozwiązań w danym obszarze. Nauczycielom też nie jest łatwo, a część z nich naprawdę bardzo stara się efektywnie działać, dlatego zamiast występować przeciwko nim w grupie, warto sprawić, aby stali się oni częścią tej grupy i zaprosić ich do współpracy. Wówczas każdy poczuje się ważną częścią szkolnej społeczności i być może z większym entuzjazmem zaangażuje się w niesienie pomocy dzieciom. Tak, aby mogły – mimo niesprzyjających warunków programowych – chętnie podejmować działania i efektywnie planować własny rozwój osobisty. W zespole siła! Warto jeszcze przeczytać: 5. Uważnie obserwować dziecko Ponieważ dorośli skupiają się najczęściej na osiągnięciach dzieci i ich wynikach w nauce, niekiedy umykają im ważne kwestie związane z ogólnym funkcjonowaniem dziecka. Tymczasem takie symptomy jak apatia, rozdrażnienie, wzmożona płaczliwość dziecka, bóle brzucha, brak apetytu mogą wskazywać na to, że w szkole dzieje się coś trudnego dla dziecka, coś niepokojącego. Mogą to być problemy w grupie rówieśniczej, kłopoty z uczeniem się, nadmiar obowiązków czy dotkliwy brak wsparcia ze strony nauczycieli. Może to być też stres związany z presją bycia dobrym czy wzorowym uczniem. Niezwykle ważnym zadaniem dorosłych, przebywających z dzieckiem, opiekujących się nim na co dzień, jest – choć może zabrzmi to nieco triustycznie – doskonałe poznanie go i uważna obserwacja. Nawet drobne zmiany w jego sposobie bycia, mogą wiązać się z kłopotliwymi okolicznościami, w jakich się znajduje. Odnalezienie ich przyczyn jest bardzo pomocne we wsparciu dziecka. Warto pamiętać, że samopoczucie młodego człowieka może być każdorazowo związane również z tym, co dzieje się w domu. Sytuacje konfliktowe między rodzicami, pojawienie się nowego członka rodziny czy też zwykła przeprowadzka mogą w określonym stopniu wpłynąć na dziecko i zaburzyć jego emocjonalną równowagę. Zanim rodzic uda się do szkoły, dobrze, aby przyjrzał się temu, co dzieje się w domu i jak może to wpływać na generalną aktywność dziecka. Warto od razu się zająć rozwiązaniem problemów i nie czekać aż same ustąpią. Jeśli to potrzebne, skonsultować się z nauczycielem dziecka, jego wychowawcą czy szkolnym pedagogiem i ustalić dalsze kroki, aby wspólnie pomóc dziecku powrócić do stanu równowagi. Najważniejszą kwestią jest jednak zapewnienie dziecku przestrzeni zrozumienia i pełnej akceptacji – bez nich żadna pomoc i żadne wspólne przedsięwzięcie zwyczajnie się nie powiodą. 6. Spokojnie i cierpliwie rozmawiać z dzieckiem Dorosłym naprawdę trudno jest się dzisiaj zatrzymać i znaleźć czas na towarzyszenie dziecku. To zrozumiałe, że w tak szybko zmieniającym się świecie, trzeba być dynamicznym i zorganizowanym. Spokojne wysłuchanie dziecka, nawet jeśli opowiada ono o sprawach niezwiązanych z nauką (a najczęściej właśnie o takich potrzebuje mówić), jest jednak podstawą dobrego kontaktu z nim i więzi na całe życie. Warto więc po powrocie dziecka ze szkoły w taki sposób zaplanować popołudnie/wieczór, aby odłożyć na bok wszelkie obowiązki i urządzenia (telefon, telewizor, radio) i spokojnie pobyć z nim w relacji. Ważne jest też, żeby rozmawiać z dzieckiem o tym, o czym ono chce rozmawiać i o tym, co jest dla niego ważne – o jego zainteresowaniach, aktywnościach i relacjach z innymi. Rozmowa powinna polegać na realnym wejściu w świat dziecka i wsłuchaniu się w to, co ono chce powiedzieć. Warto używać empatycznych sformułowań: “jak się z tym czułeś”, “co o tym myślisz?”, “czy lubisz, kiedy Tomek tak postępuje?”, “jak reagujesz, kiedy…?”, “jak można by postąpić w podobnej sytuacji w przyszłości?”, “czy to cię zdenerwowało?/wprawiło w zakłopotanie?” itp. Tego typu pytania nie tylko pozwalają dorosłym dowiedzieć się, co dzieje się w życiu ich dzieci, lecz przede wszystkim pomagają dzieciom zrozumieć własne emocje i uczucia oraz odnaleźć możliwe formy postępowania w różnych okolicznościach. Dzieci wciąż uczą się rozpoznawać i regulować swoje emocje i potrzeby, preferencje i predyspozycje. Uczą się też rozumieć innych, nawiązywać dobre relacje i współdziałać w grupie. Dlatego tak ważna w komunikacji jest uważna postawa rodzica/dorosłego, wspierająca dziecko w radzeniu sobie w różnych sytuacjach w szkole i poza nią. 7. Pozwolić dziecku na własne wybory Czyli na to, aby mogło być sobą, samodzielnie decydować o tym, kim chce być i czym się zajmować, zakładając, że jest przy tym bezpieczne i nie narusza granic innych. Akceptacja potrzeb dziecka, jego osobowości, usposobienia i wyborów pozwala mu zdrowo się rozwijać, a jednocześnie znajdować w sobie wystarczająco dużo siły i energii, by swobodnie odnajdować się w różnych okolicznościach poza domem. Chcąc pomóc dziecku w szkole, w której nie zawsze spotyka się ono z aprobatą wobec jego indywidualnych upodobań (czy to w kontekście ulubionych przedmiotów, zainteresowań, stylu ubierania się czy preferencji dotyczących jedzenia), warto udostępnić mu taką przestrzeń w domowych warunkach. Zgoda dorosłego na nawet tak niepozorne kwestie jak samodzielny wybór ubrania czy decydowanie o aktywnościach w czasie wolnym stopniowo przyczyniają się do wzmacniania dziecięcej autonomii, kształtowania umiejętności krytycznego myślenia czy podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. Skoro szkoła nie zawsze wspiera w zakresie realizowania tych ważnych życiowych celów, rodzice mogą z powodzeniem się tym zająć. I warto, aby dostrzegli w tym swoją kluczową rolę. 8. Zaakceptować dziecko i jego różnorodność W szkolnych warunkach niejednokrotnie brakuje czasu i przestrzeni na poznawanie dziecka i zrozumienie jego indywidualności. Nie oznacza to, że dziecko uczące się w szkole tradycyjnej traci jakąkolwiek możliwość budowania zdrowego poczucia własnej wartości i pozytywnego stosunku do samego siebie i do świata. Najwspanialszą a jednocześnie najbardziej wartościową rzeczą, jaką rodzice mogą dać swoim dzieciom na każdym etapie ich rozwoju, aby wzmocnić je poza szkołą, jest bezwarunkowa akceptacja i miłość, czyli przyjęcie dzieci takimi, jakie są. Zadanie to, choć szlachetne, wymaga ogromnej determinacji rodzica – wiąże się z nieustanną uważnością na dziecko i jego doświadczenia, z uznaniem jego strachu, smutku, ataków złości i frustracji oraz zgodą na to, że dziecko może czasem nie mieć ochoty na współdziałanie ani otwartości na nie. Ważne, aby komunikacja pełna była wyrozumiałości, spokoju i wiary w drugiego człowieka niezależnie od jego postaw, decyzji, wyborów i możliwości. Dorosłym w wielu przypadkach trudno jest zaakceptować samych siebie z całym bagażem swoich uczuć, przeżyć i doświadczeń. Na co dzień jednak wykonują ogrom pracy nad tym, aby wspierać dzieci w poznawaniu siebie i świata. To nie lada wyzwanie, wymagające elastyczności i determinacji. Warto jednak pamiętać, że relacja zbudowana na wzajemnym poświęceniu, empatii i życzliwości, może stać się dla dziecka na tyle silną tarczą ochronną, że wzrośnie ono w głębokiej życiowej sile i samoświadomości nawet w najtrudniejszych realiach edukacyjnych, a zebrane w domu doświadczenia pozwolą mu naturalnie i wszechstronnie się rozwijać, korzystając przy tym z niewyczerpanych pokładów siły i wewnętrznej motywacji przez całe życie. Mój syn ma 9 lat i jest wzorowym uczniem o nienagannym zachowaniu, jest popularny w klasie i bardzo lubiany przez inne dzieci, ma ogromną wiedzę na temat zwierząt i przyrody. Problemem jest to, że podczas lekcji, gdy chłopiec się denerwuje, to wkłada rękę pod ławkę i zaczyna ręką gnieść siusiaka. Wtedy nie może zdążyć z zadaniami na lekcji i czasem musi skończyć coś w domu. Dużo z mężem z nim o tym rozmawiamy i tłumaczymy, żeby gdy się denerwuje zacisną pięść i wziął 3-5 głębokich oddechów, i jest ok na tydzień a potem znowu to wraca. A najgorsze , że teraz nawet kłamie że wszystko jest ok a gdy rozmawiam z nauczycielką to się okazuje że to wróciło po jakimś czasie s powrotem. Jesteśmy kochającą się rodziną i staramy się spędzać czas razem, aktywnie. Ja jestem bezradna i się ogromnie martwię, bo on ma już 9 lat i koledzy się od niego kiedyś odwrócą lub będą kiedyś śmiać. Nie wiem dlaczego tak jest i jak co najważniejsze mu pomóc. A jesteśmy z mężem zdeterminowani postawić świat do góry nogami, by mu pomóc ten problem rozwikłać. Pani Aniu, Proponuję do Państwa strategii dołączyć jeszcze parę kolejnych: 1. Proszę poprosić syna o wymienienie wszystkich KORZYŚCI (jakie mu przychodzą do głowy), wynikające z takiego sposobu radzenia sobie z napięciem w szkole. Niech tych korzyści będzie jak najwięcej. Jeśli zaprzeczy, że ich nie ma, to znaczy, że nie jest ze sobą szczery. 2. Proszę poprosić syna, aby powiedział o wszystkich możliwych STRATACH, wynikających z takiego sposobu redukcji napięcia w szkole. 3. Następnie niech syn zupełnie sam, bez pomocy państwa, wymyśli i sam zapisze sposoby, które w zastępstwie zastosuje w szkole, żeby zredukować swoje napięcie. Niech to będą tylko jego pomysły. 4. Kolejnym krokiem jest poproszenie syna o to, aby ocenił na skali satysfakcji od 0% (żadna satysfakcja) do 100% (max. satysfakcja), wypisane wcześniej zastępcze sposoby redukcji napięcia w szkole i poziom satysfakcji, wynikający z masturbacji w szkole. 5. Proszę potem zapytać syna, co o tym myśli. Proszę dopytać, czy na przykład godzi się z tym, że zastępcze sposoby redukcji napięcia w szkole mogą być mniej przyjemne. Czy godzi się z tym, że będzie odraczał większą chwilową przyjemność w innym, wartościowym celu. 6. Proszę przygotować się na to, że stare sposoby redukcji napięcia mogą powracać, zwłaszcza, jeżeli konsekwencje takiego sposobu redukcji napięcia są mało istotne dla dziecka, a bardziej ceni sobie chwilową ulgę. Może być na przykład i tak, że dziecko nie odczuwa lęku przed odrzuceniem kolegów zbyt silnie i nie motywuje go to wystarczająco mocno. Może być też tak, że stara się bardziej dla rodziców, których kocha, niż dla siebie. Wówczas warto, aby odkrył własną motywację. Jest to etap głębszej eksploracji motywacji dziecka i wspierania jego motywacji. 7. Proszę dopytać, czy są bardziej lub mniej frustrujące go czynniki spustowe, np. dany przedmiot, dana aktywność w szkole, jakieś trudniejsze relacje. Proszę dotrzeć do czynników spustowych. Dokładnie je określić. To także może pogłębić zrozumienie kłopotu syna i obmyślenie lepszych strategii radzenia sobie z redukcją napięcia. 8. Proszę zaproponować dziecku rozmyślanie o swoim hobby. Proszę poprosić go, aby przez dwa tygodnie zastanawiał się nad tym, o czym marzy, nad tym, co najbardziej lubi, jaki sport byłby najbardziej fascynujący, jakie zajęcie bardziej bierne byłoby wymarzonym dla niego. Niech marzy o swoim hobby bez jakichkolwiek ograniczeń. Niech nikt nie mówi mu o braku pieniędzy czy braku czasu. Niech syn swobodnie zastanawia się, co lubi z aktywności. Niech syn zapisze listę różnych przyjemności. Jeśli przez dwa tygodnie nie odnajdzie swojej pasji, proszę poprosić go o to, aby przez kolejne dwa tygodnie zastanawiał się nad tym, co lubiłby najbardziej robić, gdyby nie było żadnych realnych ograniczeń. 9. Z listy przyjemności niech syn wybierze te, które lubi mniej i te, które lubi bardziej. Następnie niech wybierze te, które są bardziej i mniej realne. Niech wybierze te, które mógłby robić najczęściej i te, które mógłby robić tylko sezonowo. Możecie państwo wspierać jego różne aktywności i pasje lub ,,zarażać go własnymi pasjami". Powyższe wskazówki są jedynie propozycjami. Najważniejsza jest jednak eksploracja MOTYWACJI, CZYNNIKÓW SPUSTOWYCH oraz zdolności syna do znalezienia swoich PASJI. Powodzenia Pamiętaj, że odpowiedź naszego eksperta ma charakter informacyjny i nie zastąpi wizyty u lekarza. Inne porady tego eksperta Pomysł udostępnienia na fejsbuku wybranych haseł ze „Słownika pedagogicznego dla rodziców i nauczycieli zagubionych w nowoczesnym świecie”, publikowanych przez ostatnie pięć lat w kwartalniku „Wokół szkoły”, okazał się noworocznym „strzałem w dziesiątkę”. Pojawiła się lawina reakcji, gwałtownie przybyło osób śledzących profil bloga. Okazało się, że owe hasła mogą się nawet podobać, choć oczywiście w różnym stopniu, odzwierciedlonym liczbą lajków i komentarzy. Samo w sobie jest to dla mnie jako publicysty cenną informacją o stanie ducha i zainteresowaniach Czytelników. Szczególnie żywy odzew wywołało hasło „Nie bawię się z tobą!”, zamieszczone w dwóch wersjach, które przytaczam tutaj na użytek osób niekorzystających z fejsbuka. NIE BAWIĘ SIĘ Z TOBĄ! (2015) – Prosty komunikat pozwalający małemu dziecku poinformować inne dziecko o niezadowoleniu z jakości wzajemnych kontaktów. Zdrowy przejaw kształtowania relacji społecznych w grupie rówieśniczej, przez niektórych rodziców określany jednak nowocześnie, mianem mobbingu. Mobbing w piaskownicy – tego nie wymyśliłby nawet Mrożek! NIE BAWIĘ SIĘ Z TOBĄ! (2020) – Prosty komunikat pozwalający małemu dziecku poinformować inne dziecko o niezadowoleniu z jakości wzajemnych kontaktów. Zdrowy przejaw kształtowania relacji społecznych w grupie rówieśniczej, przez rosnącą rzeszę dorosłych traktowany dzisiaj jako przejaw agresji (przemocy), wymagający interwencji. W wersji soft – rozmowy uświadamiającej wychowawcy z agresorem i/lub jego rodzicami o niestosowności takiego zachowania. W wersji hard – wsparcia psychologicznego dla ofiary i warsztatów zastępowania agresji dla całej grupy horyzoncie rysuje się już wersja super hard – pozew sądowy, do wyboru: przeciwko rodzicom agresora albo niekompetentnemu personelowi placówki oświatowej. Pierwotnie przesłanie tego hasła było proste: nie pchajmy swojego dorosłego nosa we wszystkie, nawet najbardziej banalne sprawy dziejące się między dziećmi i nie przenośmy do tego świata naszych ocen i pojęć. Jednak coś, co pięć lat temu wydawało mi się godnym wyśmiania absurdem, teraz nabrało rangi poważnego problemu, dotyczącego nie tylko dzieci, ale wciągającego również dorosłych. Rzecz w tym, że właściwie z roku na rok obserwuję gwałtowny wzrost rodzicielskiej troski o wszystko, co własnego dziecka dotyczy. Ot, takie rodzicielstwo totalne, kształtowane przez emocje, rosnące na toksycznej pożywce informacyjnej docierającej z otoczenia. Pisze komentatorka mojego posta na fejsbuku o rzeczywistości szkolnej swojego dziecka: „Będziesz się z nami bawić, jeśli wypijesz wodę z kałuży i zjesz ziemię spod krzaka”. Inna opisuje maczanie słonych paluszków w kleju i zmuszanie jej dziecka do zjedzenia tego. Jedno i drugie w kolejnym komentarzu słusznie zostaje uznane za obrzydliwe, złe i przygnębiające. Na tle takich opisów zdarzeń moja sugestia, wynikająca z treści hasła, żeby nie ingerować niepotrzebnie w to, co dzieje się między dziećmi, może wydawać się słaba. Ale muszę stanąć w jej obronie, bowiem nie ma sensownej alternatywy. Nie wiem, czy świat stał się tak bardzo niebezpieczny, czy tylko rozsypało się nasze poczucie bezpieczeństwa, w czym pomaga nieustająca lawina informacji medialnych, złych, bardzo złych i tragicznych, ale za to przyciągających uwagę. Tylko w sprawach dotyczących młodzieży i tylko z ostatniego czasu: nastolatek zasztyletował w szkole innego nastolatka, szóstoklasista popełnił samobójstwo, bo nauczycielka techniki postawiła mu piątkę a nie szóstkę, brat zabił brata w kłótni o dostęp do komputera czy też konsoli do gier… To działa na rodzicielską wyobraźnię, nauczycielską zresztą też. Czy my-dorośli jesteśmy w stanie funkcjonować tak jak kiedyś, a jednocześnie zapobiec tego typu wydarzeniom?! Czy nauczyciel będzie musiał już zawsze brać pod uwagę, że jego fałszywy ruch przy wystawieniu stopnia może doprowadzić do tragedii? Czy rodzic, pozostawiając w domu dwójkę swoich dzieci, będzie już zawsze zastanawiać się, czy kłótnia pomiędzy nimi nie doprowadzi do tragedii? Odpowiedź nie może być pozytywna, bo tak funkcjonować się nie da. Nie ma takich zabezpieczeń organizacyjnych ani prawnych, może poza umieszczeniem dzieci w izolatkach i kaftanach bezpieczeństwa na dodatek, które pozwoliłyby zapobiec nieoczekiwanym efektom rozmaitych zaburzeń, szerzących się w młodym pokoleniu. Musimy przydawać rzeczom dotyczącym dzieci właściwą miarę, żeby nie uczynić z nich kalek psychicznych, a samemu nie zwariować. Faktem jest, że relacje między dziećmi w ostatnich latach zbrutalizowały się. Między dorosłymi zresztą też, od poziomu polityków aspirujących do rządzenia państwem, po wczasowiczów ukrytych za parawanami na plaży w Łebie. Dzieci nie żyją w próżni i chłoną atmosferę, którą tworzy całe społeczeństwo. Jednocześnie te same dzieci są dzisiaj, jak nigdy, postawione na piedestale. Nie miejsce to na rozważanie dlaczego, ale tak właśnie jest. Projekt „dziecko” ma być udany, dziecko zadbane i szczęśliwe. Niestety, szczęście utożsamiane jest z brakiem przeciwności losu, a nie z ich pokonywaniem. Z natychmiastowym spełnianiem marzeń, a nie staraniem o ich spełnienie. A za tym idzie brak gotowości na porażki i brak odporności w ich obliczu. Takich obrzydliwych, złych i przygnębiających sytuacji, jakich przykłady wymieniłem powyżej za komentatorkami z FB, w swojej karierze pedagogicznej widziałem setki. Ostatnio jest ich więcej, niż kiedyś, uczniowie przeżywają je mocniej, więc częściej, niż kiedyś proszę o interwencję psychologa. Ale nadal, podobnie jak kiedyś oczekuję najpierw od rodziców, aby zanim zaczniemy „coś z tym robić”, spojrzeli na sytuację przez dwa filtry. Pierwszy – autorefleksyjny – „Co takiego jest mojemu dziecku, że inne mu dokuczają?!”. Bo jednak nawet dzisiaj naturalnym stanem pomiędzy dziećmi jest wspólna zabawa. Drugi filtr nazwałbym zdroworozsądkowym. - Jeśli będą się z tobą bawić, pod warunkiem, że zrobisz coś głupiego, to się z nimi nie baw! Poszukaj innych koleżanek i kolegów (jeśli dziecko ich nie może znaleźć, tym bardziej patrz filtr pierwszy). Oczywiście zdaję sobie sprawę, że często sytuacja staje się tak zaogniona, że dziecko sobie autentycznie nie radzi. Więc w sytuacjach kryzysowych pomoc pedagoga, czy psychologa jest potrzebna, jak nigdy wcześniej. Ale nie oczekujmy, że będzie tak w każdej sytuacji, bo zwariujemy, a dzieci wraz z nami. Puenty dla tych refleksji dostarczyło mi dzisiaj samo życie. Tak się bowiem złożyło, że wjeżdżałem kolejką gondolową na Jaworzynę Krynicką, a w wagoniku oprócz mnie podróżowało kilkumiesięczne dziecko w wózku, wraz z rodzicami. Wjazd trwa kilkanaście minut, więc zdążyliśmy sobie trochę pogadać o tym i o owym. W pewnej chwili wagonik wyjechał spomiędzy drzew i na twarz dziecka, które spokojnie leżało w wózku i obserwowało świat, padły ostre promienie słońca. Czujny tata natychmiast ustawił swoją dłoń tak, by zacienić oczy malucha. Ośmielony miłą rozmową, postanowiłem zaryzykować i zapytałem, czy mogę podzielić się pewną myślą, która dla rodziców może okazać się ciekawa. Po uzyskaniu zgody poprosiłem ojca dziecka, żeby cofnął rękę i popatrzył, co się stanie. A stało się to, co (było dla mnie) oczywiste – dziecko przymknęło oczy. Bez żadnego grymasu dyskomfortu! Ręka wróciła na miejsce, dziecko oczy otworzyło, powtórnie została zabrana – zamknęło. Zapytałem – dlaczego osłania Pan oczy dziecka? Przecież ono właśnie uczy się, jak radzić sobie z otoczeniem. Odbywa lekcję (jedną z setek lub tysięcy), do czego służą różne części ciała, w tym wypadku powieki. Nie należy mu tego doświadczenia odbierać! Owszem, gdyby zaczęło płakać lub wiercić się, może interwencja byłaby usprawiedliwiona. Ale jeśli nic się nie dzieje, trzeba pozwolić dziecku przeżywać także chwile dyskomfortu. Przejechaliśmy kolejne kilkaset metrów - maluch z zamkniętymi oczami - aż wreszcie młody tata nie wytrzymał psychicznie. Podniósł budę wózka, żeby twarz dziecka była w cieniu. Ale wysiadając z wagonika podziękował. Drodzy Rodzice! Jeszcze zanim dziecko pójdzie do szkoły, możecie zwiększyć jego odporność na przeciwności losu. Po prostu nie spełniajcie jego potrzeb z wyprzedzeniem. Dajcie szansę przeżycia dyskomfortu. Uczcie, że nie wszystko otrzymuje się tu i teraz. To nie są wydumane rady – naprawdę widać, jak bardzo dzisiejszym dzieciom brakuje dzielności, unicestwianej przez nadmiar opieki w dzieciństwie. Krótko mówiąc, pozwólcie swoim dzieciom "mrużyć oczy"! I "nie podnoście budy od wózka", jeśli dziecko nie da wyraźnego sygnału, że tego potrzebuje. -------------------------------------------------------------------------- Postscriptum (fragment artykułu z numeru 1/2014 kwartalnika „Wokół szkoły”): Trudno oprzeć się wrażeniu, że wielu rodziców nie radzi sobie ze światem, który został pozbawiony jakiejkolwiek naturalności. Nie chodzi wyłącznie o przekształcenie środowiska przyrodniczego, ale także społecznego, które powoduje, że wychowanie młodego pokolenia straciło swój tradycyjny kontekst kulturowy, a stało się zadaniem heroicznym, wymagającym wymyślania wszystkiego od nowa. Zazwyczaj pod dyktando legionu Wujków Dobra Rada, którzy tylko czyhają, by sprzedać nieszczęsnym rodzicom jakiś towar lub pomysł (który zresztą jest dzisiaj również towarem). A jeśli nawet materiał prasowy zdaje się pełnić wyłącznie funkcję informacyjną, to i tak nie poprawia samopoczucia czytelników. Oto w numerze 22/2014 „Newsweeka” znalazł się artykuł Doroty Romanowskiej o przyciągającym uwagę tytule „Pochwała brudu”, w którym czytamy: „Dr David P. Strachan, epidemiolog z londyńskiego ST. George’s Hospital Medical School (…) w prestiżowym czasopiśmie medycznym „British Medical Journal” sformułował (…) tzw. „hipotezę higieniczną”. Zakłada ona, że od pierwszych chwil życia potrzebujemy mikrobów. Kontakt z nimi jest niezbędny, by układ odpornościowy nauczył się chronić nasz organizm przed zagrożeniem. – Bakterie, grzyby i inne drobnoustroje, które uważamy za złe, są częścią środowiska. Jedynie żyjąc z nimi, mamy szansę rozwijać się prawidłowo – mówi Michael Zasloff, immunolog z Georgetown University Medical Center. Organizm wystawiony od wczesnego dzieciństwa na działanie różnych mikrobów uczy się, które są dobre, a które złe. Z tej wiedzy korzysta potem przez całe życie.” W konkluzji dowiadujemy się, że eliminowanie z otoczenia dziecka naturalnych czynników chorobotwórczych wydaje się być przyczyną różnych rodzajów alergii i innych chorób związanych z wadliwym działaniem układu odpornościowego. A więc nie tylko wycinanie lasów tropikalnych, zanieczyszczenie wód i skażenie gleby, ale także… nadmiar czystości jest niebezpiecznym przejawem przekształcenia środowiska przyrodniczego. A teraz – to już moja własna inicjatywa – spróbujmy powyższy fragment artykułu przerobić, stawiając inną hipotezę, którą nazwę „opiekuńczą”: „Zakłada ona, że od pierwszych chwil życia potrzebujemy pewnej dawki dyskomfortu. Kontakt z nim jest niezbędny, by układ nerwowy nauczył się prawidłowo reagować na stres, pobudzając organizm do działania. Poczucie braku, frustracja, które uważamy dzisiaj za złe, i przed którymi ze wszystkich sił staramy się chronić dzieci, są częścią naturalnego środowiska społecznego. Jedynie żyjąc z nimi, mamy szansę rozwijać się prawidłowo – mówi Jarosław Pytlak, pedagog z Warszawy. Człowiek wystawiony od wczesnego dzieciństwa, w bezpiecznym skądinąd środowisku rodzinnym, na działanie różnych czynników stresogennych uczy się na nie reagować w sposób akceptowalny społecznie. Z tej wiedzy korzysta potem przez całe życie.” Nie potrafię przytoczyć wyników badań naukowych na poparcie „hipotezy opiekuńczej”, jednak znajduje ona pełne potwierdzenie w moim doświadczeniu. Wychowujemy pokolenie dzieci „przezaopiekowanych”, które z tego powodu prezentują brak szacunku dla innych ludzi, bo wszyscy są na ich usługi, nie są przedsiębiorcze, bo wszystko w ich życiu jest wyreżyserowane i nastawione na osiągnięcie z góry założonego efektu, i nie mają poczucia odpowiedzialności, bo wszystko, co ich dotyczy jest narzucone i kontrolowane przez dorosłych. W ten właśnie sposób przejawia się zgubny wpływ przekształcenia naturalnego środowiska społecznego, co już można dostrzec w młodym pokoleniu, a będzie – obym był złym prorokiem – tylko gorzej już za kilka lat. -------------------------------------------------------------------------- I jest, proszę Szanownych Czytelników! (JP-2020) Każde dziecko na początku drogi edukacyjnej chce być dobrym uczniem, chce, aby dorośli (rodzice, wychowawca) byli z niego dumni. Jednak czasem mimo dobrych chęci, mimo starań dziecko ponosi coraz więcej porażek, ma coraz mniej zapału, za to z każdym dniem natyka się na coraz więcej trudności. Mamy do czynienia z niepowodzeniami szkolnymi. Nauka w szkole i związane z nią pokonywanie trudności sprawia, że bycie uczniem wymaga dużego wysiłku intelektualnego, a przy tym jest uzależnione od odporności emocjonalnej. Każde zadanie stawiane przed dzieckiem w szkole powinno być dla niego sytuacją trudną, gdyż człowiek uczy się poprzez pokonywanie trudności. Ważne jest, aby były one na miarę możliwości dziecka, by potrafiło je ono w miarę samodzielnie pokonać. Wtedy jest dobrze, gdyż dzięki temu jego rozwój postępuje. Może być jednak tak, że trudności przerastają możliwości dziecka. Powodów kłopotów związanych z rozwojem dziecka może być wiele, dziecko: nie potrafi zrozumieć, czego się od niego oczekuje, bo jego rozwój umysłowy nie osiągnął jeszcze wymaganego poziomu, nie potrafi wytrzymać napięcia emocjonalnego – np. widzi trudność i nie chce podjąć się wykonania zadania, łatwo poddaje się fali frustracji, ma obniżoną sprawność rąk; nie radzi sobie z szybkim czy estetycznym zapisywaniem treści, wykonywaniem prac, ma zaburzenia analizatorów wzroku lub słuchu, a przecież problemy z prawidłowym widzeniem czy słyszeniem rzutują negatywnie na pracę na zajęciach, ma zaburzoną mowę, co utrudnia mu porozumiewanie się z dorosłymi i dziećmi. Trudności związane z komunikacją powodują, że dziecko wstydzi się wypowiadać, więc nie zgłasza się do odpowiedzi, wywołane milczy, zaś z rówieśnikami nie wchodzi w relacje. To staje się powodem słabszego oceniania dziecka przez nauczyciela i wyśmiewania czy szykanowania go przez rówieśników. ma trudności w koncentracji uwagi. Tego typu problemy niosą ze sobą poważne konsekwencje związane z piętrzeniem się zaległości w nauce. Dziecko z zaburzeniami uwagi nie jest w stanie dłużej skupić się na zadaniu czy na wypowiedzi – stąd pojawiające się problemy. Wszystkie tego typu kłopoty należy traktować w specjalny sposób – są to trudności specyficzne dla danego ucznia. Dzieci, które ich doznają, potrzebują fachowej pomocy ze strony dorosłych. Im wcześniej rodzice i nauczyciele zareagują na niepowodzenia szkolne, tym korzystniej dla dziecka. Jeżeli bowiem nie otrzyma ono w porę pomocy, może nastąpić blokada w uczeniu się. Uczeń będzie się bronił przed przydzielaniem mu zadań wymagających wysiłku umysłowego, a to sprawi, że nie będzie gromadził wiedzy i umiejętności koniecznych do ich rozwiązania. Jeżeli taki stan trwa dłużej, pociąga za sobą niepowodzenia w uczeniu się. Bywa też tak, że przyczyn niepowodzeń szkolnych należy poszukiwać w opiekunach dziecka. Rodzice, którzy widzą w dziecku geniusza, którzy za wszelką cenę chcą, aby był w życiu „kimś”, którzy starają się, aby dziecko realizowało ich niespełnione marzenia, mogą zbyt wysoko postawić poprzeczkę swojemu dziecku. Tacy rodzice nie zastanawiają się, skąd biorą się kłopoty, i wszystkie trudności określają mianem lenistwa. Nie znając przyczyn, wywierają na dziecku presję, aby uczyło się jeszcze więcej. To zaś skutkuje coraz większymi problemami zarówno intelektualnymi, jak również emocjonalnymi. Szukając przyczyn trudności dziecka w szkole, warto zwrócić uwagę na sytuację w domu. Rozstanie rodziców, ich ciągłe kłótnie, choroba lub śmierć w rodzinie – to wszystko może znacząco zachwiać konstrukcją psychiczną dziecka. Wtedy nie potrafi ono prawidłowo funkcjonować w roli ucznia, ponieważ zaburzone jest jego poczucie bezpieczeństwa. Gdy rodzice zauważą, że dziecko nie radzi sobie w szkole, powinni jak najszybciej porozmawiać z nauczycielem. Należy wspólnie zastanowić się, jak rozwiązać problem. Dziecku i rodzicom przysługuje także pomoc poradni psychologiczno-pedagogicznej, z której warto skorzystać (każda szkoła jest związana z taką placówką). Przeprowadzone w poradni badania diagnostyczne kończą się wydaniem rodzicom pisemnej opinii. Zawiera ona opis mocnych i słabych stron funkcjonowania dziecka, a więc wskazuje także, co może być przyczyną trudności w uczeniu się i jakiej pomocy dziecko wymaga. Taką opinię dobrze jest pokazać każdemu nauczycielowi dziecka. Pamiętajmy, że uczniowi, który nie radzi sobie w szkole, należy się pomoc ze strony nauczycieli i rodziców. Co mogą zrobić rodzice, poznając przyczyny trudności dziecka? Skonsultować z nauczycielem swoje domowe oddziaływania, tak aby – jeśli potrafią i mogą – ćwiczyli z dzieckiem te funkcje, które wykazują mniejszą sprawność. Powinni codziennie wspomagać dziecko w jego obowiązkach szkolnych (odrabianiu pracy domowej i nauce), nie wyręczając go, a jednocześnie ustalić z nauczycielem spójny sposób nagradzania postępów dziecka. Największym wyzwaniem jest niewątpliwie konieczność zapewnienia dziecku atmosfery zrozumienia, akceptacji i życzliwości – bez tego trudno o rzetelną pomoc. Pamiętajmy, że warto szybko reagować na trudności dziecka w nauce. Nasze wysiłki mogą zapobiec sytuacji, gdy dziecko o dobrych możliwościach umysłowych, pełne zapału do nauki i ciekawości świata, przeobrazi się w ucznia, który nie lubi szkoły i naukę traktuje jako zło konieczne. Jeszcze gorzej stanie się, gdy ten uczeń nie będzie też lubił siebie. Dlatego my, dorośli, powinniśmy zrobić wszystko, aby pojawiające się problemy z nauką nie zdążyły wpłynąć na samoocenę dziecka. Dr Aneta Jegier Bibliografia • E. Gruszczyk-Kolczyńska, Dzieci ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się matematyki, WSiP, Warszawa 1997. Artykuły – pozostałe:Przyjaciel to skarb czyli jak dbać o nasze przyjaźnieO przyjaźń, tak jak o ogród, trzeba dbać. Warto zatem przypomnieć sobie, czym ona jest i na jakich zasadach się opiera...więcejNie bójmy się rozmawiać czyli zalety dobrej komunikacjiRozmowa to podstawowa forma kontaktu między ludźmi. Na przestrzeni dziejów posługiwano się różnymi metodami, by się dogadać ? używano gestów, mimiki twarzy czy wysokich i niskich dźwięków. Jednak od momentu pojawienia się konkretnych języków, człowiek zaczął pełniej wyrażać siebie, budować głębsze relacje i ustalać reguły rządzące społecznością, w której żył...więcejJak ośmielić dziecko i dodać mu pewności siebieKażde dziecko rodzi się z zestawem pewnych cech, zaś w trakcie dorastania uczy się nowych zachowań i rozwija poszczególne umiejętności. Nieśmiałość, choć często dziedziczona, ewoluuje i można nad nią częściowo przez zabawę, czyli jak gry planszowe mogą wspomóc rozwój Twojego dzieckaWarto byśmy skorzystali z bogatej oferty rynku gier planszowych, bowiem takie gry nie tylko staną się dla nas wspaniałą rozrywką, ale mogą wspomóc nasze dzieci w rozwijaniu poszczególnych umiejętności, ponieważ...więcej5 pomysłów na deszczowe dni!Wrzesień, październik i listopad to specyficzne miesiące, dla części z nas ponure i zimne, ale wcale tak być nie musi – bowiem ta pora roku kryje w sobie mnóstwo ciepłych kolorów i pozytywnych nauczyć dziecko opieki nad zwierzętami?Większość dzieci, prędzej czy później, marzy o posiadaniu własnego zwierzątka. Bez względu na to, czy chodzi o czworonoga, ptaka czy gryzonia, każde stworzenie wymaga odpowiedniej opieki, dlatego musimy być pewni, że nasze dziecko jest gotowe na taką odpowiedzialność...więcej5 najlepszych gier planszowych na koniec lataKłopot pojawia się wtedy, kiedy pogoda krzyżuje nasze plany i musimy zostać w domu. W takim wypadku z pomocą przychodzą nam wszelkiego rodzaju gry planszowe, które nie tylko pomogą zorganizować czas naszym pociechom, ale sprawią przyjemność całej przygotować dziecko do samodzielnego wyjazdu na kolonie lub obóz?Nadchodzi taki moment, kiedy rodzice postanawiają wysłać swoją pociechę na wakacje w większej grupie rówieśników oraz pod opieką innych dorosłych. Chcą, aby ich córki lub synowie usamodzielnili się, zawiązali nowe przyjaźnie, a przede wszystkim miło spędzili czas...więcejJakie książki spakować do wakacyjnego plecaka?Nadeszły wakacje. Każdy z nas chciałby odpocząć, ale też spędzić ten czas przyjemnie i w radosnym nastroju. Jedni pragną udać się w egzotyczne podróże, drudzy chcą popływać w jeziorze albo powspinać się na górskie szczyty, a jeszcze inni marzą o tym, by wyciągnąć się na zawieszonym między drzewami hamaku i oderwać myśli od obowiązków. więcejWiosenne wyprawy czyli o tym, jak zachowywać się w lesieWreszcie nadeszły ciepłe dni i słońce co rusz zachęca nas do dłuższych rodzinnych spacerów. W tym czasie odwiedzamy nie tylko miejskie parki czy ogrody, ale chętnie wyjeżdżamy również poza miasto, do okolicznych lasów. W przypadku takich wycieczek musimy przestrzegać pewnych określonych zasad, które sprawiają, że zarówno my, jak i różne zwierzęta, czujemy się miło i Rosnąca niechęć do szkoły, nagłe bóle brzucha, zauważalne obniżenie nastroju – tego typu objawy u dziecka mogą oznaczać, że cierpi z powodu dokuczania w szkole. Jak w takiej sytuacji powinni postąpić rodzice? Cennych porad dostarczają organizatorzy kampanii społecznej Cartoon Network „Bądź kumplem, nie dokuczaj”. Kampanię Cartoon Network wspierają piłkarz Grzegorz Krychowiak i Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak. W akcję zaangażowała się również psycholog Małgorzata Ohme. Ekspertka radzi rodzicom, co robić w przypadku uzasadnionych podejrzeń, że nasze dziecko cierpi z powodu dokuczania w szkole. – Przede wszystkim należy odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego ktoś dokucza naszemu dziecku? Czy po jego stronie jest jakiś realny „problem”? Może zachowuje się dziwnie, prowokuje, z jakiegoś powodu nie radzi sobie w grupie? To nie jest droga do usprawiedliwień oprawcy, ale próba zrozumienia całościowego problemu i wyeliminowania tych czynników, które są po stronie dziecka. Pamiętajmy, że dziecko też zastanawia się, dlaczego ktoś mu dokucza. Powinniśmy reagować szybko, zanim zbyt pochopne wnioski trwale obniżą jego samoocenę. – mówi Małgorzata Ohme. Aby szybko zareagować, należy wiedzieć, na co zwrócić uwagę. Często pierwszym sygnałem, że dzieje się coś niedobrego, jest rosnąca niechęć dziecka do szkoły. Częściej słyszymy „nie chce mi się”, „nie pójdę”, „szkoła jest głupia”. Czasem reakcją obronną dziecka są objawy psychosomatyczne – bóle brzucha, głowy, wymioty, osłabienie, występujące najczęściej przed pójściem do szkoły lub po dłuższej przerwie świątecznej. Dziecko zaczyna się zachowywać inaczej, mamy wrażenie, że coś przed nami ukrywa. Zaczyna się izolować i niechętnie reaguje na nasze zachęty, by zaprosiło znajomych lub gdzieś wyszło. – Gdy tylko zauważamy niepokojące nas zachowania dziecka, należy przede wszystkim zacząć od wywiadu środowiskowego. Podpytać zaprzyjaźnionych rodziców, zaufanego kolegę lub nauczyciela w szkole. Z kolei do rozmowy z dzieckiem należy podejść delikatnie i taktycznie. „Chyba coś zaprząta twoje myśli. Wydaje mi się, że coś się dzieje, o czym nie mówisz” – chodzi o to, aby dziecko zrozumiało, że ma w nas swojego sojusznika. – radzi ekspertka kampanii Cartoon Network. Jeśli nasze przypuszczenia się potwierdzą, warto dyskretnie porozmawiać z wychowawcą i psychologiem o możliwych rozwiązaniach ze strony szkoły. Czasami w takich sytuacjach potrzebna jest mediacja między uczniami, czasami warsztaty klasowe, gdy dziecko stało się już kozłem ofiarnym. Potrzebna jest również praca psychologiczna z dzieckiem, mająca na celu zbadanie, na ile szkody związane z dokuczaniem utrwaliły się w jego głowie. Czy identyfikuje się już z rolą ofiary? Jaki jest jego stan psychiczny? Czasem przydaje się także praca terapeutyczna w grupie, gdzie pod okiem profesjonalisty dziecko uczy się asertywnych zachowań w praktyce. Być może nie zaszkodzi również podsunąć nauczycielowi gotowy scenariusz lekcji poświęconej dokuczaniu? Można je znaleźć na stronie kampanii Cartoon Network gdzie znajdują się dedykowane scenariusze przygotowane przez ekspertów Instytutu Badań Edukacyjnych. Co jednak w sytuacji, kiedy to nasze dziecko okazuje się sprawcą dokuczania? – Bywa i tak. Nasz kochany aniołek w szkole zamienia się w diabła. Przerażenie, niedowierzanie, wreszcie złość i rozczarowanie. Jak to? W naszym kochającym domu wyrósł oprawca? Nie tędy droga, rodzicu. To nadal tylko rola, którą z jakiś powodów podjęło twoje dziecko. Być może w domu utrzymuje się jakieś napięcie, które ono rozładowuje w szkole? Być może ostatnio coś go niepokoi, smuci, frustruje? Może w szkole nie potrafiło się odnaleźć i to jest jego sposób na radzenie sobie z sytuacją? Podobnie, jak w przypadku ofiary warto przyjrzeć się mechanizmom, które za tym stoją, najlepiej z pomocą specjalisty. – mówi Małgorzata Ohme. Psycholog zwraca uwagę na to, by nie stawać przeciwko swojemu dziecku – raczej starać się zrozumieć i nauczyć poprawnego funkcjonowania w grupie. Rodzice dokuczającego dziecka mają okazywać mu swoje rozczarowanie, nie powinni jednak dawać mu do zrozumienia, że nie stoją po jego stronie. Dokuczające dzieci bardzo często same nie radzą sobie ze swoimi problemami i wybierają drogę na skróty do ich „rozwiązania”. – Pamiętajmy, że dziecko, które dręczy innych, najczęściej jest dręczone przez sam siebie. – podpowiada Małgorzata Ohme. W przypadku dodatkowych pytań i wątpliwości związanych z problemem dokuczania organizatorzy kampanii zachęcają do dzwonienia pod numer 800 100 100, czyli do Telefonu dla Rodziców i Nauczycieli w sprawie Bezpieczeństwa Dzieci. W trakcie trwania akcji każdy będzie mógł tam anonimowo uzyskać fachową pomoc – telefonicznie lub online. polecamy

dzieci dokuczają mojemu dziecku w szkole